Relacja z Warszawskich Targów Książki, czyli ku pokrzepieniu serc
“Grał tu Lewandowski, grała Madonna, teraz zagramy my” - tak na fejsbuku zapowiadał swoją obecność na tegorocznych targach książki pewien warszawski antykwariat z ulicy Wilczej, do którego czasem zaglądam. Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą - WTK przeniosły się w tym roku ze szpetnego Pałacu Kultury im. Stalina do pachnącego nowością Stadionu Narodowego.
Pierwszy raz byłem na Narodowym i pierwszy raz w ogóle na jakimkolwiek stadionie piłkarskim. Wielkie toto jak ni wim co! Chociaż sama płyta boiska w TV wydaje się większa. Zawsze myślałem, że oglądając mecz na stadionie trudno jest objąć wzrokiem całą murawę, ale to nieprawda.
Od razu po wejściu (bilet ulgowy 5 zł.) przywitał mnie zakątek antykwariuszy ze znajomymi twarzami. Było KDK z niezawodnym panem Tomaszem rozpoznawalnym po nieodłącznej nawet przy trzydziestu stopniach ciepła czapeczce, był legendarny pan Krzysztof z Placu Wilsona, była Kwadryga i wielu innych.
Kupiłem u pana Tomka dwa tomy Biblioteki Narodowej, którą kompletuję (wiersze Leśmiana pod redakcją Trznadla i obszerny wybór dramatów Strindberga, razem 25 zł.). Przy wybieraniu przez moje ramię spoglądał rubaszny brodacz, którego niezmiernie lubię - pan Jerzy Bralczyk. To już trzeci raz, kiedy widzę go u antykwariusza.
- Panie profesorze, mamy Kasprowicza przedwojennego! - próbował zachęcić pan Tomasz.
- To bardzo dobrze, ale ja nie chcę - odpowiedział z uśmiechem Bralczyk, który znany jest z tego, że wszystko już ma i trudno go czymkolwiek zaskoczyć.
Od antykwariuszy udałem się prosto do stoisk wydawnictw. Zatrzymywałem się przy moich ulubionych - słowo/obraz terytoria, Karakterze, a5, Dwóch Siostrach, ale także przy kompletnie mi nieznanych. Pozytywnie zaskoczyło mnie np. Wydawnictwo Barbelo, wydające piękne pod względem szaty graficznej książki, które - jak powiedział mi pan Błażej, wydawca - mają pomóc lepiej zrozumieć świat i spojrzeć nań od innej strony.
Ciekawa prawidłowość - im mniej znane wydawnictwo, tym lepsza typografia i projekt graficzny!
U miłej pani z wydawnictwa a5 zobaczyłem z dawna oczekiwane wiersze Celana w przekładach Krynickiego, które zdążyły już obrosnąć legendą. Na Targach mają swoją premierę.
Przy stoisku Wydawnictwa Literackiego kupiłem sensacyję sezonu, odtrąbioną w Newsweekach i Wprostach - “Kronosa” Gombrowicza, którego nie ma jeszcze w księgarniach. Jako gombrowiczo-entuzjasta musiałem to zrobić, chociaż mam w stosunku do “Kronosa” bardzo mieszane uczucia. Moja opinia jest podobna do tej wygłoszonej przez Jerzego Franczaka w przedostatnim “Tygodniku Powszechnym”.
Niedaleko Wuelu rozbiło się wydawnictwo “Zeszytów Literackich”. Książki podpisywały dwie damy - Pani Julia Hartwig i Katarzyna Herbert. Podpisały mi korespondencję “Zbyszków” z “Arturkami”, czyli państwa Herbertów oraz Artura Międzyrzeckiego i Julii Hartwig. Kolejka po dedykację nie była duża. 20 metrów dalej swoją książkę podpisywał Nergal i waliły do niego tłumy. Trochę to smutne.
Tak samo smutne, jak to, że napis przy stoisku PIW-u głosi “Państwowy Instytut Wydawniczy w likwidacji”. To od dziesięcioleci trwające na bardzo wysokim poziomie wydawnictwo to nie tylko świetny Ceram, ale także literatura piękna, której już dzisiaj pies z kulawą nogą nie wyda.
- Serce mi się kraje, jak to widzę - powiedziała pewna pani.
- Oj, nam też… - westchnęły chórkiem panie z PIW-u.
Na szczęście PIW walczy do ostatniej kropli krwi i oprócz agonalnych podrygów wydaje także książki - m.in. ostatni tom listów Witkacego do żony, który podpisał mi wybitny witkacolog i redaktor tej korespondencji, pan Janusz Degler.
***
Widząc tłumy przewalające się przez obwarzanek Stadionu Narodowego cieszyłem się niepomiernie. Są jeszcze tacy wariaci jak ja. I jest ich o wiele więcej niż może się wydawać.
Jeszcze literatura nie umarła, póki my żyjemy.
Cholera, znów wpadłem w patos…