Kraków / Świetlicki

"Chodzę po mieście. Rynek, Szewska, Planty…" - przypominałem sobie te słowa z tekstu Marcina Świetlickiego pt. "Opluty", spacerując ostatnio po Krakowie. Włóczyłem się po Plantach, wchodząc od czasu do czasu w labirynt uliczek Starego Miasta - w Wiślną, Gołębią, Bracką (mijając hipsterską "Nową Prowincję" Grzegorza Turnaua), potem kręciłem się trochę po stale zatłoczonym Rynku, zaglądałem nieśmiało do Zwisu (w którym wiszą duchy dawnych bywalców tego lokalu, obecnie zaś wolno sączą tam piwo długodystansowi alkoholicy) i w końcu Grodzką kierowałem się na Kazimierz, do Pięknego Psa, gdzie Świetlicki często wpada z niewielką grupką znajomych.

Obserwuję jego siwiznę z daleka, z drugiego krańca sali, patrzę jak wciska kolejne pety w popielniczkę i myślę sobie, że wreszcie spełniła się jego przepowiednia, którą sam sobie napisał w “Oplutym” - “któregoś dnia to miasto będzie należeć do mnie”.

Jeżeli literatura w ogóle jeszcze kształtuje klimat Krakowa, jeśli ostatecznie nie przegrała z klubami ze striptizem i angielskimi turystami, to króluje tu Świetlicki. Nie ma tu już przecież Czesława Miłosza ani Wisławy Szymborskiej, których nazywał smokami, zatrważającymi wielkimi poetyckimi potworami, o których nie wolno powiedzieć złego słowa. Wcześniej to oni byli postaciami pielęgnującymi mit Krakowa jako miasta dwojga noblistów. Obecnie żyje tu co prawda jeden noblista bez Nobla - każdego roku wymieniany w gronie faworytów Adam Zagajewski, ale nie pisze on poezji, która porywa tłumy.

Świetlicki też nie pisze poezji porywającej tłumy - co najwyżej tłumiki. Te “tłumiki” wychował sobie przede wszystkim jako muzyk od dwudziestu lat koncertujący z zespołem Świetliki. Ale ta specyficzna, niewielka grupa wyznawców to coś, co sprawia, że przebija się do popkultury. Bardzo niechętnie, być może mimowolnie, ale jednak.

Dlatego to miasto należy do niego. Kto wie, może sam stał się tym starym smokiem, może młodzi krakowscy poeci nie mogą wyzwolić się spod jego wpływu, nie potrafią mówić o Świetliku inaczej niż na kolanach?

Gdyby zmarł w młodym wieku, pewnie zyskałby status młodej legendy jak James Dean, Andrzej Bursa, Rafał Wojaczek, Jim Morrison czy Marek Hłasko. Świetlicki wszak od lat kreuje swój wizerunek, nawet jeśli się od tego odżegnuje. Robi to zgrabniej niż Michał Witkowski, więc jego autokreacja może wyglądać na naturalniejszą, ale papierosy, ciemne okulary, chodzenie po knajpach z wódą na Kazimierzu… W jego ostatnim tomiku pt. “Jeden” czytam takie słowa: “Oto w magicznej kultowej kawiarni, sam z panią bufetową (…) Podwójny stock, ażeby podtrzymać legendę”.

Tak więc Świetlicki podtrzymuje legendę. A przy okazji pisze świetne wiersze.

Ale wie pan: te niewysłane listy to tak cholernie długo idą.
M. Hłasko (via superperfectly)

(via truskawky)

No mnie najbardziej przeraża przemoc jednak
Kinga Rusin

Słoneczko, ten plecak kosztuje dwieście pięćdziesiąt złotych
Tesco. Życie

No, spotkał pan przecież w swoim życiu mnóstwo matołów. Takich, do których mówi się jasne i zrozumiałe rzeczy, a oni nic z tego nie rozumieją. Ja wiem, czytałam, że to jakaś tam sprawa koordynacji dwóch półkul w mózgu. Ale czemu aż tylu ma nieskoordynowane mózgi? Czemu tacy są? Obawiam się, że oni nie chcą sobie skoordynować tych półkul. Są dumni, że mają nieskoordynowane. A jeśli człowiek zażartuje, to się na śmierć obrażają.
Marcin Świetlicki, “Jedenaście” - uroczy fragment :)

600 obserwatorów

Małą tradycją stało się, że gdy stuknie mi jakaś okrągła liczba obserwatorów na Tumblerze, honoruję to okolicznościowym wpisem.

Teraz jest was już ponad 600 dusz (dokładnie 611) - w realnym świecie taka liczba czytelników coś by już znaczyła, w świecie internetowym jest to małe piwo. Dla porównania: nasz europoseł pięściarz ma na fejsbuku przeszło 400 tys. fanów.

Należy zatem wam, sześciuset jedenastu czytelnikom czegoś życzyć… Życzę zatem dobrych, uważnych lektur… Bo, jak chyba Flaubert powiedział, człowiekowi wystarczy przeczytać w życiu uważnie i ze zrozumieniem dziesięć dobrych książek.

Jeśli żądni jesteście rekomendacji książkowych - polecam Biblię. To bardzo dobra, mądra księga - właściwie wystarczyłoby nam zrozumieć z niej dobrze jedną dziesiątą i moglibyśmy spokojnie umrzeć.

Zaglądajcie tutaj - co jakiś czas rzucam garść mniej lub bardziej sensownych myśli. Howgh!

pstryku:

Smoleńsk 2014/07

pstryku:

Smoleńsk 2014/07

(via galeriakrakow)

Miłosz dla polityków

Już wiemy, że niestety nie będzie w tym roku sezonu ogórkowego. Media atakują nas kolejnymi nagraniami, które - jak niedawno pisałem - średnio mnie interesują. Interesuje mnie za to polityk jako postać literacka. Dlatego z wielkim zaciekawieniem przeczytałem w sobotnio-niedzielnej “Wyborczej” felieton Agaty Bielik-Robson pt. “Murzyńskość albo jądro ciemności”. Nigdy bym się nie spodziewał, że całkowicie zgodzę się z tekstem tej pani, której tezy o okupacyjnej roli Kościoła katolickiego w Polsce dochodzą czasem do granic absurdu. 

A jednak bardzo podoba mi się analogia wizerunku Radosława Sikorskiego, który wyłania się z taśm, do kolonizatorskich ambicji Kurtza z “Jądra ciemności” Conrada. Jest to porównanie nie tylko efektowne, ale i zadziwiająco trafne. To dobry pomysł, żeby próbować wytłumaczyć mechanizmy polityczne przy użyciu literatury. Dlatego w tym krótkim niedzielnym wpisie chciałbym specjalnie dla polskich polityków przywołać ku przestrodze nieco zapomniany wiersz Czesława Miłosza z 1953 pt. “Do polityka”. Zyskuje on ostatnio sporo na aktualności.

Kto ty jesteś, człowieku - zbrodniarz, czy bohater? 
Ty, którego do czynu wychowała noc. 
Oto starca i dziecka w ręku dzierżysz los 
I twarz twoja zakryta 
Jak golem nad światem .

Czy obrócisz w popioły miasto czy ojczyznę? 
Stój! Zadrżyj w sercu swoim! Nie umywaj rąk! 
Nie oddawaj wyroku niespełnionym dziejom !
Twoja jest waga i twój jest miecz. 
Ty ponad ludzką troską, gniewem i nadzieją
Ocalasz albo gubisz
Pospolitą rzecz.

Ty jesteś dobry i w gronie rodziny
Pieściłeś nieraz blask dziecinnych głów.
Ale jeżeli przeklnie ciebie – milion rodzin?
Biada! Co pozostanie z twoich dobrych dni?
Co pozostanie z twoich krzepkich mów?
Ciemność nadchodzi.

Gwarne miasta i pola, kopalnie, okręty,
Na twojej dłoni ludzkiej, jakze ludzkiej.
Patrz. Twoja linia życia tędy będzie szła.
Trzykroć błogosławiony
Po trzykroć przeklęty
Władco dobra
Albo władco zła

Literatura jest niebezpieczna, czyli czas się trochę powymądrzać

Czasami przychodzą mi do głowy mądre myśli. Rzadko, bo rzadko, ale jednak. Nigdy jednak nie mam pewności czy nie jest to jakieś pseudointelektualne mędrkowanie. Na wszelki wypadek, gdyby było w tych myślach coś wartościowego, wolę je jednak zanotować.

Uwaga, oto myśl owa głęboka:

Literatura może być bardzo szkodliwa dla zdrowia psychicznego. Być może trzeba by było nawet pomyśleć o stosownych ostrzeżeniach, takich jak na papierosach: “Literatura szkodzi zdrowiu psychicznemu. Minister zdrowia odradza.”.

"Dlaczego?" - spyta niesiona ciekawością niezbyt liczna trzódka moich czytelników. Ano dlatego, że całe nasze życie psychiczne jest literaturą. Jest opowiadaniem sobie własnych poczynań. A Jakże wielki może być rozziew pomiędzy tym, jak postrzegamy swoje życie, a tym jakie ono rzeczywiście jest! Dla higieny intelektualnej należy zatem nie wierzyć słowu, które pojawia się w głowie, nieustannie poddawać je krytycznej analizie.

A przecież do jakiegokolwiek przeżycia literatury potrzeba czegoś dokładnie odwrotnego - potrzeba wiary w słowo. Czytelnik musi uwierzyć w to, co napisane. Książki uczą bezgranicznego przekonania, że słowo jest prawdziwe. W tym zawiera się zresztą jego niebywała siła, jego moc sprawcza.

W życiu, chyba wszyscy się z tym zgodzimy, chodzi o poszukiwanie prawdy. Prawdy, którą słowo niekoniecznie musi nieść.

Potrzeba ogromnej siły wewnętrznej i wielkiego doświadczenia, żeby umieć polemizować z literaturą. Tą wielką (np. nie zgodzić się z Dostojewskim czy Mannem) i tą małą, która roi się w naszej główce (przekonać się, że tak naprawdę nie jesteśmy tacy przystojni i inteligentni).

Nie sądzę, żeby mój wywód był jasny i spójny. Nie, nie idę na filozofię. Tak sobie po prostu pomyślałem i zapisałem, kto bogatemu zabroni!

Co mnie martwi

Obecnie niewiele. Udało mi się dobrze napisać maturę (większość wyników powyżej 90 proc.), mam pracę wakacyjną, może jeszcze jakiś ciekawy wyjazd uda się uskutecznić…

Chodzi mi raczej o te zmartwienia, które starają się nam z uporem godnym lepszej sprawy narzucić media. Jeśli ktoś ogląda TVN24, potencjalnych powodów do zmartwień z kraju i ze świata ma co nie miara. A wszystko to podane w atrakcyjnej, lekkostrawnej formie. Zmartwienia 24 godziny na dobę - a to samochód-pułapka, a to pijani drogowcy, a to zaginione dziecko. Ciągle coś się dzieje.

Ostatnio wyłapałem z tego szumu dwa główne powody do zmartwień. Pierwszy to afera podsłuchowa. Staram się jak mogę, czytam poważne publicystyczne analizy i jakoś nie potrafię się tą aferą przejąć. Być może padłem ofiarą wszechogarniającej znieczulicy, ale nie mogę tych nagrań jakoś odnieść do siebie. To że politycy bluzgają, to że jakieś brudne układy pod stołem zastawionym ośmiorniczkami zawierają - naprawdę tak to nas wszystkich zaskoczyło?

Jest jednak drugi powód do zmartwienia, który wydaje mi się o wiele poważniejszy. Grupa nieznanych dotąd sprawców zniszczyła piękny zabytkowy drewniany meczet w Kruszynianach. Meczet, dodajmy, tatarski, którego zbudowanie zostało umożliwione dzięki decyzji Jana III Sobieskiego o nadaniu Tatarom wsi Kruszyniany w podzięce za pomoc w wojnie z Turkami. Świątynię ozdobiono rysunkiem świni i symbolem Polski Walczącej.

Zapłakać można nie tylko nad chamskim wandalizmem, ale przede wszystkim nad historyczną ignorancją niepozwalającą zakutym łbom zrozumieć, że mniejszość tatarska jest częścią kultury polskiej.

I tym jestem w stanie przejąć się bardziej, niż biedniejszą polską wersją “House of Cards”, która wynikła z taśm podsłuchowych.