Fikcje

nie tylko o książkach

Notki: 0 &

Na niedzielę - film o najsłynniejszym warszawskim antykwariuszu

W sercu warszawskiego Żoliborza jest osobny świat, który tworzy Pan Krzysztof Jastrzębski w swojej małej budce z używanymi książkami. Można mnie tam czasami spotkać, kiedy wraz z wymierającą zgrają entuzjastów słowa drukowanego “rąbię” - jak mówi pan Krzyś - w bananówkach wypełnionych książkami.

Polecam wizytę u niego, ale najpierw lepiej obejrzeć świetny film dokumentalny Macieja Cuskego z 2005 roku o antykwariacie pana Krzysia. Film pozwoli przyswoić sobie osobliwy savoir-vivre jaki tam funkcjonuje. A potem można udać się do Merkurego i rozpocząć “rąbanie”.

O panu Krzysztofie i innych warszawskich antykwariuszach będzie jeszcze sporo na tym blogu. Nastawcie uszu!

Zachowano jako antykwariat stare książki książki old books documentary film literatura dokument

Notki: 0 &

Moja krótka historia czytania

W wieku pięciu lat nauczyłem się czytać i pisać. Na początku było pisanie beztroskie, grafomańskie - bez zmartwień, co i jak się napisze. Było odwrócone “e”, “żułf” i “ńe” zamiast “nie”. Potem przyszła fascynacja czytanym setki razy Kubusiem Puchatkiem i Muminkami. Nieco później był Mikołajek w mistrzowskiej interpretacji Ireny Kwiatkowskiej na kasetach magnetofonowych i komiksy, nade wszystko komiksy. Pochłaniałem “Tytusa, Romka i A’Tomka”, “Asteriksa i Obeliksa”, “Lucky Luke’a” i “Kaczora Donalda”. Harry’ego Pottera czytałem, jak każdy, ale nie wciągnął mnie tak bardzo, jak przygody nieugiętych Galów, czy stoickiego kowboja i jego wiecznie zmęczonego rumaka.

Była teź ta “poważna literatura”, w twardej oprawie i bez obrazków - Dickens, nieudane próby zmierzenia się z Sienkiewiczem, Tolkien, “Szwejk” Haška, “Buszujący w zbożu”, pierwsze spotkanie z erotyzmem w literaturze w “Pannach z wilka” Iwaszkiewicza. Ostatnio Schulz, Leśmian, Herbert i zmagania z Miłoszem.

***

I tak oto niezamierzenie wcieliłem się w rolę dziadka z fajką, który w bujanym fotelu opowiada wnukom swym książki, jakie ongiś nań “wpłynęły”. A przecieź wciąż jestem raczkującym czytelnikiem, o tylu książkach nie mam pojęcia, tyle jeszcze do przeczytania!

Dlatego uważam, że ten blog, który jakiś czas temu zacząłem, może być ciekawy. Recenzji nowości wydawniczych będzie tu bardzo mało. Dużo będzie za to dużo klasyki. Tak, tę znienawidzoną przez pokolenia uczniów, tę o której Twain powiedział, że wszyscy ją szanują, ale nikt nie czyta, będę się starał poznać. Przynajmniej przekonamy się, czy rzeczywiście warto.

Czemu ludzie tak chętnie czytają wielkie rodzinne sagi albo oglądają teletasiemce? Bo lubią śledzić stadia ludzkiego rozwoju, obserwować jak na ich oczach niemowlaki stają się starcami, jak ewoluują poglądy na świat. Może obserwowanie, jak na tym blogu z czytelniczego australopiteka zamieniam się w homo sapiens, będzie ciekawe. Mam taką nadzieję.

Zachowano jako literatura książki historia wspomnienia lektury

1 notka &

Na śmierć Państwowego Instytutu Wydawniczego

Wznieśmy toast z win lub piw
Gdy umiera Wielki PIW

Mniej ważna jest teraz, Czytelniku
(nie o wydawnictwo tu chodzi)
jakość mego rymu i sznytu,
Chyba się ze mną zgodzisz?

Ważniejszy jest temat, co boli jak rana
Więc pozwól, że z żalem westchnę
Że nie będzie już przez PIW wydawana
Biblioteka Krytyki Współczesnej

Nigdy nie będzie takiej serii
Jak niezawodny Ceram
Co niczym roślinność na prerii
późną jesienią - umiera

Dzieł zebranych Leśmiana
Wyszedł ostatni już tom
Więc śmierć nieoczekiwana
Przyjdzie jak z nieba grom

Wiosenna pszczoła już bzyczy
Nieopodal kwitnącej akacji
a Państwowy Instytut Wydawniczy
- trudno uwierzyć - w likwidacji.

Zachowano jako poezja piw literatura poetry wiersz wiersze likwidacja

Notki: 0 &

Niedokończone

Ze dwa lata temu zacząłem pisać to opowiadanie, ale nie skończyłem. Może się komuś przyda, natchnie kogoś…

Nie pamiętam, kiedy moja żona po raz pierwszy wspomniała, że chce mnie zamordować. Chyba dlatego, że po tej deklaracji Ireny straciłem rachubę czasu. Wrześnie, sierpnie, stycznie i listopady, którymi taktujemy nasze nędzne życia przestały mieć dla mnie znaczenie. Miałem niebawem umrzeć, a jak Irena sobie coś postanowi, to żadne siły jej nie powstrzymają. Nie pamiętam dokładnej daty, ale okoliczności wyrażenia tej straszliwej woli wryły mi się w świadomość, niczym nóż Ireny w cielęcinę, którą kroiła tego feralnego przedpołudnia.

Za oknem naszego mieszkania słychać było wytłumione grubą płytą betonowego blokowiska wrzaski dzieciarni. Patrząc zza niedzielnej gazety na szkaradną fizjonomię mojej małżonki i czując na łososiowym papierze dodatku sportowego odpryski energicznie krojonej przez nią cielęciny, chciałem być tam, na dworze, z dzieciakami. Gonić za piłką, strzelać decydujące gole i być przez chwilę królem, władcą na tej wydeptanej trawie blokowego boiska, na tej zielonej wysepce wolności pomiędzy dwoma trzepakami.
- Januszu, muszę cię zabić - powiedziała najzwyczajniej w świecie Irena, ucinając kawał surowej cielęciny z taką siłą, że przez moment skąpał mnie deszcz tłuszczu, który obficie prysnął spod ostrza jej noża.

Począłem więc załatwiać ostatnie ziemskie sprawy - spłacałem długi, przepraszałem swoich wrogów i zabrałem się do pisania pożegnalnego listu. Wszystko miało się skończyć, wyrok już zapadł, a głos ostrzonego przez Irenę tasaka był spóźnionym zwiastunem tego, co miało nadejść.

Zachowano jako opowiadanie short story literatura niedokończone

Notki: 0 &

Relacja z Warszawskich Targów Książki, czyli ku pokrzepieniu serc 

“Grał tu Lewandowski, grała Madonna, teraz zagramy my” - tak na fejsbuku zapowiadał swoją obecność na tegorocznych targach książki pewien warszawski antykwariat z ulicy Wilczej, do którego czasem zaglądam. Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą - WTK przeniosły się w tym roku ze szpetnego Pałacu Kultury im. Stalina do pachnącego nowością Stadionu Narodowego.

Pierwszy raz byłem na Narodowym i pierwszy raz w ogóle na jakimkolwiek stadionie piłkarskim. Wielkie toto jak ni wim co! Chociaż sama płyta boiska w TV wydaje się większa. Zawsze myślałem, że oglądając mecz na stadionie trudno jest objąć wzrokiem całą murawę, ale to nieprawda.

Od razu po wejściu (bilet ulgowy 5 zł.) przywitał mnie zakątek antykwariuszy ze znajomymi twarzami. Było KDK z niezawodnym panem Tomaszem rozpoznawalnym po nieodłącznej nawet przy trzydziestu stopniach ciepła czapeczce, był legendarny pan Krzysztof z Placu Wilsona, była Kwadryga i wielu innych. 

Kupiłem u pana Tomka dwa tomy Biblioteki Narodowej, którą kompletuję (wiersze Leśmiana pod redakcją Trznadla i obszerny wybór dramatów Strindberga, razem 25 zł.). Przy wybieraniu przez moje ramię spoglądał rubaszny brodacz, którego niezmiernie lubię - pan Jerzy Bralczyk. To już trzeci raz, kiedy widzę go u antykwariusza. 

- Panie profesorze, mamy Kasprowicza przedwojennego! - próbował zachęcić pan Tomasz.
- To bardzo dobrze, ale ja nie chcę - odpowiedział z uśmiechem Bralczyk, który znany jest z tego, że wszystko już ma i trudno go czymkolwiek zaskoczyć.

Od antykwariuszy udałem się prosto do stoisk wydawnictw. Zatrzymywałem się przy moich ulubionych - słowo/obraz terytoria, Karakterze, a5, Dwóch Siostrach, ale także przy kompletnie mi nieznanych. Pozytywnie zaskoczyło mnie np. Wydawnictwo Barbelo, wydające piękne pod względem szaty graficznej książki, które - jak powiedział mi pan Błażej, wydawca - mają pomóc lepiej zrozumieć świat i spojrzeć nań od innej strony. 

Ciekawa prawidłowość - im mniej znane wydawnictwo, tym lepsza typografia i projekt graficzny!

U miłej pani z wydawnictwa a5 zobaczyłem z dawna oczekiwane wiersze Celana w przekładach Krynickiego, które zdążyły już obrosnąć legendą. Na Targach mają swoją premierę.

Przy stoisku Wydawnictwa Literackiego kupiłem sensacyję sezonu, odtrąbioną w Newsweekach i Wprostach - “Kronosa” Gombrowicza, którego nie ma jeszcze w księgarniach. Jako gombrowiczo-entuzjasta musiałem to zrobić, chociaż mam w stosunku do “Kronosa” bardzo mieszane uczucia. Moja opinia jest podobna do tej wygłoszonej przez Jerzego Franczaka w przedostatnim “Tygodniku Powszechnym”.

Niedaleko Wuelu rozbiło się wydawnictwo “Zeszytów Literackich”. Książki podpisywały dwie damy - Pani Julia Hartwig i Katarzyna Herbert. Podpisały mi korespondencję “Zbyszków” z “Arturkami”, czyli państwa Herbertów oraz Artura Międzyrzeckiego i Julii Hartwig. Kolejka po dedykację nie była duża. 20 metrów dalej swoją książkę podpisywał Nergal i waliły do niego tłumy. Trochę to smutne.

Tak samo smutne, jak to, że napis przy stoisku PIW-u głosi “Państwowy Instytut Wydawniczy w likwidacji”. To od dziesięcioleci trwające na bardzo wysokim poziomie wydawnictwo to nie tylko świetny Ceram, ale także literatura piękna, której już dzisiaj pies z kulawą nogą nie wyda.

- Serce mi się kraje, jak to widzę - powiedziała pewna pani. 
- Oj, nam też… - westchnęły chórkiem panie z PIW-u.
Na szczęście PIW walczy do ostatniej kropli krwi i oprócz agonalnych podrygów wydaje także książki - m.in. ostatni tom listów Witkacego do żony, który podpisał mi wybitny witkacolog i redaktor tej korespondencji, pan Janusz Degler.

***

Widząc tłumy przewalające się przez obwarzanek Stadionu Narodowego cieszyłem się niepomiernie. Są jeszcze tacy wariaci jak ja. I jest ich o wiele więcej niż może się wydawać. 

Jeszcze literatura nie umarła, póki my żyjemy.

Cholera, znów wpadłem w patos…

Relacja z Warszawskich Targów Książki, czyli ku pokrzepieniu serc

“Grał tu Lewandowski, grała Madonna, teraz zagramy my” - tak na fejsbuku zapowiadał swoją obecność na tegorocznych targach książki pewien warszawski antykwariat z ulicy Wilczej, do którego czasem zaglądam. Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą - WTK przeniosły się w tym roku ze szpetnego Pałacu Kultury im. Stalina do pachnącego nowością Stadionu Narodowego.

Pierwszy raz byłem na Narodowym i pierwszy raz w ogóle na jakimkolwiek stadionie piłkarskim. Wielkie toto jak ni wim co! Chociaż sama płyta boiska w TV wydaje się większa. Zawsze myślałem, że oglądając mecz na stadionie trudno jest objąć wzrokiem całą murawę, ale to nieprawda.

Od razu po wejściu (bilet ulgowy 5 zł.) przywitał mnie zakątek antykwariuszy ze znajomymi twarzami. Było KDK z niezawodnym panem Tomaszem rozpoznawalnym po nieodłącznej nawet przy trzydziestu stopniach ciepła czapeczce, był legendarny pan Krzysztof z Placu Wilsona, była Kwadryga i wielu innych.

Kupiłem u pana Tomka dwa tomy Biblioteki Narodowej, którą kompletuję (wiersze Leśmiana pod redakcją Trznadla i obszerny wybór dramatów Strindberga, razem 25 zł.). Przy wybieraniu przez moje ramię spoglądał rubaszny brodacz, którego niezmiernie lubię - pan Jerzy Bralczyk. To już trzeci raz, kiedy widzę go u antykwariusza.

- Panie profesorze, mamy Kasprowicza przedwojennego! - próbował zachęcić pan Tomasz.
- To bardzo dobrze, ale ja nie chcę - odpowiedział z uśmiechem Bralczyk, który znany jest z tego, że wszystko już ma i trudno go czymkolwiek zaskoczyć.

Od antykwariuszy udałem się prosto do stoisk wydawnictw. Zatrzymywałem się przy moich ulubionych - słowo/obraz terytoria, Karakterze, a5, Dwóch Siostrach, ale także przy kompletnie mi nieznanych. Pozytywnie zaskoczyło mnie np. Wydawnictwo Barbelo, wydające piękne pod względem szaty graficznej książki, które - jak powiedział mi pan Błażej, wydawca - mają pomóc lepiej zrozumieć świat i spojrzeć nań od innej strony.

Ciekawa prawidłowość - im mniej znane wydawnictwo, tym lepsza typografia i projekt graficzny!

U miłej pani z wydawnictwa a5 zobaczyłem z dawna oczekiwane wiersze Celana w przekładach Krynickiego, które zdążyły już obrosnąć legendą. Na Targach mają swoją premierę.

Przy stoisku Wydawnictwa Literackiego kupiłem sensacyję sezonu, odtrąbioną w Newsweekach i Wprostach - “Kronosa” Gombrowicza, którego nie ma jeszcze w księgarniach. Jako gombrowiczo-entuzjasta musiałem to zrobić, chociaż mam w stosunku do “Kronosa” bardzo mieszane uczucia. Moja opinia jest podobna do tej wygłoszonej przez Jerzego Franczaka w przedostatnim “Tygodniku Powszechnym”.

Niedaleko Wuelu rozbiło się wydawnictwo “Zeszytów Literackich”. Książki podpisywały dwie damy - Pani Julia Hartwig i Katarzyna Herbert. Podpisały mi korespondencję “Zbyszków” z “Arturkami”, czyli państwa Herbertów oraz Artura Międzyrzeckiego i Julii Hartwig. Kolejka po dedykację nie była duża. 20 metrów dalej swoją książkę podpisywał Nergal i waliły do niego tłumy. Trochę to smutne.

Tak samo smutne, jak to, że napis przy stoisku PIW-u głosi “Państwowy Instytut Wydawniczy w likwidacji”. To od dziesięcioleci trwające na bardzo wysokim poziomie wydawnictwo to nie tylko świetny Ceram, ale także literatura piękna, której już dzisiaj pies z kulawą nogą nie wyda.

- Serce mi się kraje, jak to widzę - powiedziała pewna pani.
- Oj, nam też… - westchnęły chórkiem panie z PIW-u.
Na szczęście PIW walczy do ostatniej kropli krwi i oprócz agonalnych podrygów wydaje także książki - m.in. ostatni tom listów Witkacego do żony, który podpisał mi wybitny witkacolog i redaktor tej korespondencji, pan Janusz Degler.

***

Widząc tłumy przewalające się przez obwarzanek Stadionu Narodowego cieszyłem się niepomiernie. Są jeszcze tacy wariaci jak ja. I jest ich o wiele więcej niż może się wydawać.

Jeszcze literatura nie umarła, póki my żyjemy.

Cholera, znów wpadłem w patos…

Zachowano jako stadion narodowy targi targi książki literatura książki julia hartwig kronos books gombrowicz

2 notki &

Jak zawrzeć cały świat w trzech słowach?

Tym razem Leśmian. Leśmian czyli poezja. Kiedy już 99 proc. osób przestało czytać po ujrzeniu słowa “poezja” możemy przejść do rzeczy.

Poezja to taka fajna rzecz. Można przy jej pomocy zawrzeć w kilku słowach cały świat i nasz krótki pobyt na nim (czyt. życie). Dochodzę ostatnio do wniosku, że w polskiej poezji ta sztuka najlepiej udaje się Leśmianowi.

We śnie

Śnisz mi się obco. Dal bez tła,

Wieczność się w chmurach błyska.

Lecimy razem. Mgła i mgła!

Bóg, ciemność i urwiska.

Dalej cytować nie trzeba, bo po pierwszej strofie ten wiersz mógłby się skończyć.

Co więcej można powiedzieć o życiu, niż te trzy słowa: “Bóg, ciemność i urwiska”?

Czytajcie poezję.

Zachowano jako poezja leśmian literatura

Notki: 0 &

Dla tych, którzy nie lubią fizyki

- Wy nie macie w sobie ciekawości świata! - zwykł grzmieć mój szkolny fizyk wobec naszego oporu w poznawaniu skomplikowanych wzorów. To oczywiście bzdura - każdy ją posiada, każdy dąży ku poznawaniu świata, ma w sobie pragnienie zdobywania wiedzy.

Problemem jest nie tylko ignorancja nauczycieli, którzy nie potrafią “zaciekawić” - wydobyć z głębin rozhuśtanej młodzieńczej osobowości tego pragnienia, ale także codzienne bombardowanie nas ogromem informacji, których nie sposób zakomodować.

Czemu o tym wszystkim mówię? Bo obejrzałem ARCYCIEKAWĄ rozmowę Grzegorza Miecugowa z księdzem profesorem Michałem Hellerem - fizykiem, kosmologiem i filozofem.

Zawsze fizyka była dla mnie w szkole mordęgą, ale po obejrzeniu tego wywiadu zobaczyłem jak bardzo jest fascynująca i jak ściśle powiązana z ważną dla mnie filozofią. Ksiądz Heller opowiada m.in. o tym, jak przypadek był wpisany w proces powstawania Wszechświata, czy jesteśmy samotni w kosmosie, czy nasze poznanie jest ograniczone…

Bardzo polecam - oglądałem z rozdziawioną paszczą.

PS. Aby obejrzeć wywiad należy kliknąć w tytuł artykułu.

1 notka &

Scena przy kasie w supermarkecie

- Poproszę PIN i zielonym.

Wyraźnie rozkojarzony pan w kapeluszu (ok. 50 lat) zamyśla się srodze. Mleko, banany, majonez, piwo i słone paluszki zjeżdżają powoli z taśmy, ale mężczyzna zamiast pakować je do reklamówek (zawsze piekielnie trudnych do otworzenia) wpatruje się zafrasowany w terminal kart płatniczych.

- Przepraszam, nie wie pani, w którym roku była bitwa pod Olszynką Grochowską?

- W 1831, a czemu pan pyta? - odpowiada po dłuższej chwili ruda kasjerka, snadź absolwentka wydziału historii.

- Bardzo pani dziękuję - odpowiada uradowany kapelusznik koło pięćdziesiątki i wstukuje pospiesznie PIN.

Zachowano jako scena bułki mężczyzna bitwa supermarket

Notki: 0 &

Zgorzkniały Rylski

W ostatnim “Tygodniku Powszechnym” (nr 16) wywiad z Eustachym Rylskim przy okazji jego nowej powieści “Obok Julii”. Jakkolwiek wypowiedzi Rylskiego noszą znamiona strasznego ponuractwa i zgorzknienia, jest w tym wywiadzie kilka ciekawych fragmentów.

“Pisaniu jest potrzebna pycha. W każdym razie mnie ona nigdy nie zawiodła. Nawet, gdy byłem skromny, przesadnie skormny, to podszywała to pycha. (…) Przecież pisaniu nie przyświeca żadna szlachetna intencja. To introwertyczne zapatrzenie się w siebie, odkrywanie paskudnych cech, jakich byśmy się w sobie nie domyślali”.

Ze zdjęcia zamieszczonego obok wywiadu spogląda na mnie suchy, kościsty mężczyzna z mieszaniną pogardy i beznadziei wypisaną na twarzy. Nie przesadzam - tym zdjęciem można straszyć dzieci.

Ale Rylski daje swoim pesymizmem świadectwo ważnego zadania, które ma spełniać literatura - studzenia zapałów, uświadamiania człowieka o jego małości. Pisarz ma uczyć pokory - nie tylko czytelników, ale i siebie. Nawet jeśli pycha mu pomaga.

Zachowano jako rylski książki literatura pesymizm pycha