Mario Vargas Llosa o demokratyzacji kultury

Kiedy kultura jest tłamszona, w artystach wyzwala się wola społecznego zaangażowania. Sztuka i kultura w ogóle stają się narzędziem krytyki, piętnują niewolę i ucisk. (…) dzisiaj, kiedy nie ma ucisku, obojętnieją na sprawy publiczne. To ciekawy proces, ale niezbyt pozytywny. Kultura obojętna na sprawy społeczne, polityczne ubożeje. W Polsce zapewne dzieje się podobnie?

[wypowiedź z wywiadu udzielonego Maciejowi Stasińskiemu w sobotnio-niedzielnej “Wyborczej” (18-19 X)]

I tak, i nie.

Po upadku komuny polska krytyka literacka rozpoczęła poszukiwania nowej “Lalki” i nowego “Przedwiośnia” - powieści zaangażowanych społecznie, które na nowo opisałyby naszą postkolonialną - to termin szczególnie lubiany w badaniach nad literaturą po ‘89 - rzeczywistość. Rychło okazało się jednak, że pisarze nie chcą już się zajmować trudnym losem ojczyzny, wolą pisać o sobie, własnych doświadczeniach. Z pewnością można to powiedzieć o twórcach z tzw. “pokolenia BruLionu” - niepodobna w tym kontekście nie przywołać słynnego, programowego wiersza “Dla Jana Polkowskiego” Marcina Świetlickiego. Autor “Zimnych krajów” pisze o “poetach-niewolnikach” tak:

Zamiast powiedzieć: ząb mnie boli, jestem
głodny, samotny, my dwoje, nas czworo,
nasza ulica – mówią cicho: Wanda
Wasilewska, Cyprian Kamil Norwid,
Józef Piłsudski, Ukraina, Litwa,
Tomasz Mann, Biblia i koniecznie coś
w jidysz.

I rzeczywiście, jeśli mamy dokonać jakiegoś uogólnienia (które ze swej natury będzie brutalne i niedokładne, niczym niewprawne ciachnięcie żyletką), to możemy powiedzieć, że literatura polska po 1989 roku jest introspektywna, zgodna z manifestem Świetlickiego.

Wydaje mi się, że tymi porzuconymi przez pisarzy tematami społecznymi zaopiekowali się tekściarze. Jest przecież w polskiej muzyce nurt nazywany “publicystyką kazikową”. Oprócz Kazika z lepszym lub gorszym efektem wpisują się weń niektórzy raperzy. Z najszczerszym podziwem podchodzę choćby do tekstu “To my Polacy” grupy Pięć Dwa Dębiec.

Nie zapominajmy także o utworach Jarosława Marka Rymkiewicza, dalej piszącego wiersze polityczne, może nie tak dobre jak w tomie “Ulica Mandelsztama” z 1983, ale niewątpliwie orbitujące wokół spraw społeczno-politycznych.

Trudno więc wydać jednoznaczny sąd o kulturze pod wpływem demokratyzacji. Tym bardziej, że przytoczyłem jedynie kilka przykładów z literatury. Co ze sztukami plastycznymi, wizualnymi?

Limeryki kolejarskie #1

Przy stacji kolejki w Malichach
Mieszkała dziewczyna cicha
Kolejką przyjeżdżał doń Zbyszek
Przynosząc woń zgniłych kiszek
Nie mogła pokochać więc Zbycha

Kraków / Świetlicki

"Chodzę po mieście. Rynek, Szewska, Planty…" - przypominałem sobie te słowa z tekstu Marcina Świetlickiego pt. "Opluty", spacerując ostatnio po Krakowie. Włóczyłem się po Plantach, wchodząc od czasu do czasu w labirynt uliczek Starego Miasta - w Wiślną, Gołębią, Bracką (mijając hipsterską "Nową Prowincję" Grzegorza Turnaua), potem kręciłem się trochę po stale zatłoczonym Rynku, zaglądałem nieśmiało do Zwisu (w którym wiszą duchy dawnych bywalców tego lokalu, obecnie zaś wolno sączą tam piwo długodystansowi alkoholicy) i w końcu Grodzką kierowałem się na Kazimierz, do Pięknego Psa, gdzie Świetlicki często wpada z niewielką grupką znajomych.

Obserwuję jego siwiznę z daleka, z drugiego krańca sali, patrzę jak wciska kolejne pety w popielniczkę i myślę sobie, że wreszcie spełniła się jego przepowiednia, którą sam sobie napisał w “Oplutym” - “któregoś dnia to miasto będzie należeć do mnie”.

Jeżeli literatura w ogóle jeszcze kształtuje klimat Krakowa, jeśli ostatecznie nie przegrała z klubami ze striptizem i angielskimi turystami, to króluje tu Świetlicki. Nie ma tu już przecież Czesława Miłosza ani Wisławy Szymborskiej, których nazywał smokami, zatrważającymi wielkimi poetyckimi potworami, o których nie wolno powiedzieć złego słowa. Wcześniej to oni byli postaciami pielęgnującymi mit Krakowa jako miasta dwojga noblistów. Obecnie żyje tu co prawda jeden noblista bez Nobla - każdego roku wymieniany w gronie faworytów Adam Zagajewski, ale nie pisze on poezji, która porywa tłumy.

Świetlicki też nie pisze poezji porywającej tłumy - co najwyżej tłumiki. Te “tłumiki” wychował sobie przede wszystkim jako muzyk od dwudziestu lat koncertujący z zespołem Świetliki. Ale ta specyficzna, niewielka grupa wyznawców to coś, co sprawia, że przebija się do popkultury. Bardzo niechętnie, być może mimowolnie, ale jednak.

Dlatego to miasto należy do niego. Kto wie, może sam stał się tym starym smokiem, może młodzi krakowscy poeci nie mogą wyzwolić się spod jego wpływu, nie potrafią mówić o Świetliku inaczej niż na kolanach?

Gdyby zmarł w młodym wieku, pewnie zyskałby status młodej legendy jak James Dean, Andrzej Bursa, Rafał Wojaczek, Jim Morrison czy Marek Hłasko. Świetlicki wszak od lat kreuje swój wizerunek, nawet jeśli się od tego odżegnuje. Robi to zgrabniej niż Michał Witkowski, więc jego autokreacja może wyglądać na naturalniejszą, ale papierosy, ciemne okulary, chodzenie po knajpach z wódą na Kazimierzu… W jego ostatnim tomiku pt. “Jeden” czytam takie słowa: “Oto w magicznej kultowej kawiarni, sam z panią bufetową (…) Podwójny stock, ażeby podtrzymać legendę”.

Tak więc Świetlicki podtrzymuje legendę. A przy okazji pisze świetne wiersze.

Ale wie pan: te niewysłane listy to tak cholernie długo idą.
M. Hłasko (via superperfectly)

(via truskawky)

Słoneczko, ten plecak kosztuje dwieście pięćdziesiąt złotych
Tesco. Życie

No, spotkał pan przecież w swoim życiu mnóstwo matołów. Takich, do których mówi się jasne i zrozumiałe rzeczy, a oni nic z tego nie rozumieją. Ja wiem, czytałam, że to jakaś tam sprawa koordynacji dwóch półkul w mózgu. Ale czemu aż tylu ma nieskoordynowane mózgi? Czemu tacy są? Obawiam się, że oni nie chcą sobie skoordynować tych półkul. Są dumni, że mają nieskoordynowane. A jeśli człowiek zażartuje, to się na śmierć obrażają.
Marcin Świetlicki, “Jedenaście” - uroczy fragment :)

600 obserwatorów

Małą tradycją stało się, że gdy stuknie mi jakaś okrągła liczba obserwatorów na Tumblerze, honoruję to okolicznościowym wpisem.

Teraz jest was już ponad 600 dusz (dokładnie 611) - w realnym świecie taka liczba czytelników coś by już znaczyła, w świecie internetowym jest to małe piwo. Dla porównania: nasz europoseł pięściarz ma na fejsbuku przeszło 400 tys. fanów.

Należy zatem wam, sześciuset jedenastu czytelnikom czegoś życzyć… Życzę zatem dobrych, uważnych lektur… Bo, jak chyba Flaubert powiedział, człowiekowi wystarczy przeczytać w życiu uważnie i ze zrozumieniem dziesięć dobrych książek.

Jeśli żądni jesteście rekomendacji książkowych - polecam Biblię. To bardzo dobra, mądra księga - właściwie wystarczyłoby nam zrozumieć z niej dobrze jedną dziesiątą i moglibyśmy spokojnie umrzeć.

Zaglądajcie tutaj - co jakiś czas rzucam garść mniej lub bardziej sensownych myśli. Howgh!

pstryku:

Smoleńsk 2014/07

pstryku:

Smoleńsk 2014/07

(via galeriakrakow)

Miłosz dla polityków

Już wiemy, że niestety nie będzie w tym roku sezonu ogórkowego. Media atakują nas kolejnymi nagraniami, które - jak niedawno pisałem - średnio mnie interesują. Interesuje mnie za to polityk jako postać literacka. Dlatego z wielkim zaciekawieniem przeczytałem w sobotnio-niedzielnej “Wyborczej” felieton Agaty Bielik-Robson pt. “Murzyńskość albo jądro ciemności”. Nigdy bym się nie spodziewał, że całkowicie zgodzę się z tekstem tej pani, której tezy o okupacyjnej roli Kościoła katolickiego w Polsce dochodzą czasem do granic absurdu. 

A jednak bardzo podoba mi się analogia wizerunku Radosława Sikorskiego, który wyłania się z taśm, do kolonizatorskich ambicji Kurtza z “Jądra ciemności” Conrada. Jest to porównanie nie tylko efektowne, ale i zadziwiająco trafne. To dobry pomysł, żeby próbować wytłumaczyć mechanizmy polityczne przy użyciu literatury. Dlatego w tym krótkim niedzielnym wpisie chciałbym specjalnie dla polskich polityków przywołać ku przestrodze nieco zapomniany wiersz Czesława Miłosza z 1953 pt. “Do polityka”. Zyskuje on ostatnio sporo na aktualności.

Kto ty jesteś, człowieku - zbrodniarz, czy bohater? 
Ty, którego do czynu wychowała noc. 
Oto starca i dziecka w ręku dzierżysz los 
I twarz twoja zakryta 
Jak golem nad światem .

Czy obrócisz w popioły miasto czy ojczyznę? 
Stój! Zadrżyj w sercu swoim! Nie umywaj rąk! 
Nie oddawaj wyroku niespełnionym dziejom !
Twoja jest waga i twój jest miecz. 
Ty ponad ludzką troską, gniewem i nadzieją
Ocalasz albo gubisz
Pospolitą rzecz.

Ty jesteś dobry i w gronie rodziny
Pieściłeś nieraz blask dziecinnych głów.
Ale jeżeli przeklnie ciebie – milion rodzin?
Biada! Co pozostanie z twoich dobrych dni?
Co pozostanie z twoich krzepkich mów?
Ciemność nadchodzi.

Gwarne miasta i pola, kopalnie, okręty,
Na twojej dłoni ludzkiej, jakze ludzkiej.
Patrz. Twoja linia życia tędy będzie szła.
Trzykroć błogosławiony
Po trzykroć przeklęty
Władco dobra
Albo władco zła

Literatura jest niebezpieczna, czyli czas się trochę powymądrzać

Czasami przychodzą mi do głowy mądre myśli. Rzadko, bo rzadko, ale jednak. Nigdy jednak nie mam pewności czy nie jest to jakieś pseudointelektualne mędrkowanie. Na wszelki wypadek, gdyby było w tych myślach coś wartościowego, wolę je jednak zanotować.

Uwaga, oto myśl owa głęboka:

Literatura może być bardzo szkodliwa dla zdrowia psychicznego. Być może trzeba by było nawet pomyśleć o stosownych ostrzeżeniach, takich jak na papierosach: “Literatura szkodzi zdrowiu psychicznemu. Minister zdrowia odradza.”.

"Dlaczego?" - spyta niesiona ciekawością niezbyt liczna trzódka moich czytelników. Ano dlatego, że całe nasze życie psychiczne jest literaturą. Jest opowiadaniem sobie własnych poczynań. A Jakże wielki może być rozziew pomiędzy tym, jak postrzegamy swoje życie, a tym jakie ono rzeczywiście jest! Dla higieny intelektualnej należy zatem nie wierzyć słowu, które pojawia się w głowie, nieustannie poddawać je krytycznej analizie.

A przecież do jakiegokolwiek przeżycia literatury potrzeba czegoś dokładnie odwrotnego - potrzeba wiary w słowo. Czytelnik musi uwierzyć w to, co napisane. Książki uczą bezgranicznego przekonania, że słowo jest prawdziwe. W tym zawiera się zresztą jego niebywała siła, jego moc sprawcza.

W życiu, chyba wszyscy się z tym zgodzimy, chodzi o poszukiwanie prawdy. Prawdy, którą słowo niekoniecznie musi nieść.

Potrzeba ogromnej siły wewnętrznej i wielkiego doświadczenia, żeby umieć polemizować z literaturą. Tą wielką (np. nie zgodzić się z Dostojewskim czy Mannem) i tą małą, która roi się w naszej główce (przekonać się, że tak naprawdę nie jesteśmy tacy przystojni i inteligentni).

Nie sądzę, żeby mój wywód był jasny i spójny. Nie, nie idę na filozofię. Tak sobie po prostu pomyślałem i zapisałem, kto bogatemu zabroni!